Recenzja| Córki marionetek – Maria Ernestam

Dostałam takie kwiatki, bo poleciałam na okładkę…

Czas na pierwszego prawdziwego klumpa tego roku. Uwaga, uwaga, przed wami trzymający w napięciu thriller psychologiczny, którego akcja rozgrywa się w bajkowym krajobrazie szwedzkiego miasteczka.

Thriller? Zero. Bajkowy krajobraz? Nie. Szwedzkie miasteczko? Chyba tylko ono jedno się zgadza.

Książka rozpoczyna się bardzo ciekawie. Na pierwszych stronach dowiadujemy się, że kilkanaście lat temu w zwykłym szwedzkim miasteczku miała miejsce straszna zbrodnia. Zastrzelono wtedy mężczyznę, a ciało znalazła jego córka na koniu na karuzeli należącej do ich rodziny. Brzmi intrygująco, prawda? Morderstwo, tajemnica i karuzela.

Jako publiczność gorzko patrzycie na biedną marionetkę, zmęczoną życiem.

Kolejny rozdział już przenosi czytelnika do wydarzeń, które mają miejsce grubo po początkowym zabójstwie. Główna bohaterka, wcześniej przeze mnie wspomniana córka martwego mężczyzny, jest dorosła, ma męża i dziecko, ale jej życie nie do końca ją satysfakcjonuje. Małżeństwo przechodzi kryzys, o którym nikt głośno nie mówi, córka wyjechała z ojcem do stanów, a Mariana zastanawia się nad swoimi uczuciami do męża i do nowo poznanego kochanka, Ivo. Warto napomknąć, że prowadzi ona nietypowy sklep z zabawkami, lalkami, marionetkami i w wolnym czasie czyta dzieciom książki.

Właściwa akcja tej książki rozgrywa się w momencie, gdy do wioski przyjeżdża tajemniczy mężczyzna w celu napisania książki o ludziach żyjących w tej miejscowości. Wie o nich dość sporo, dowiaduje się jeszcze więcej i nikt nie wie, o co mu tak naprawdę chodzi.

Chciałam pokazać niepoprawność tego, jak ktoś staje się marionetką złego.

Jaka jest moja opinia na temat Córek marionetek? Zmarnowany potencjał, niewykorzystany pomysł a przede wszystkim stracony czas na czytanie tej książki.

Jak już napisałam wcześniej, zapowiadało się ciekawie. Później jednak okazało się, że w gruncie rzeczy całą akcję, jaka jest w tej książce, dostaliśmy na pierwszych 10 stronach.

Dalsza część recenzji to będą moje subiektywne odczucia po lekturze. Według mnie nie będzie tutaj żadnych spojlerów, więc osoby, które nie przeczytały tej książki, mogą śmiało kontynuować.

Jeśli się odważysz, zobaczysz własnymi oczami, że też jesteś biedaku, związany sznurkami.

Moje pierwsze zdezorientowanie – Ivo. Kto to jest Ivo?! Pierwsze rozdziały a główna bohaterka ma męża, dziecko i kochanka. Przez całą książkę nie uświadczymy ani jednej sceny z Ivo. Wszystkie ich rozmowy odbywają się przez telefon albo porozumiewają się przez pocztę elektroniczną. Nie raziłoby mnie to bardzo, każdy ma prawo do kłopotów w związku i szukania pocieszenia w ramionach kogoś innego, ale w tym wypadku nie mogę przejść obok tego obojętnie. Cały czas odnosiłam wrażenie, że Mariana jest natrętna, upierdliwa i natarczywa. Na jej pięć maili, Ivo odpowiadał na jeden. Jej były długie i obszerne, jego krótkie i treściwe. Chyba więcej dodawać nie muszę.

Kolejna rzecz. Przyjeżdża do miasteczka nieznajomy mężczyzna i kupuje starą piekarnię. Remontuje ją i ma plan tam zamieszkać. Co w tym niezwykłego? Małe miasteczko, budować się nie opłaca nowego budynku więc kupuje i odnawia już istniejący. A przez prawie pół książki jedyny temat mieszkańców, to właśnie jest ta piekarnia.

Może ty sam masz nad nimi dowodzenie. I tak każdy się miota po swojej arenie.

Dodatkowo autorka urozmaiciła całą fabułę dodając kilka rozdziałów, w których dość szczegółowo wypowiedziała się na temat kupowania, pokrywania i rozmnażania koni.

Jednymi z bohaterek, które przewijają się na kartach powieści jest mała dziewczynka, Klara, oraz jej matka. Ta relacja także jest dziwna i nietypowa. Matka nie pozwala córce wychodzić z domu, wałęsać się bez opieki. Klara cały czas musi być pod jej nadzorem. A pod koniec wychodzi na jaw, że matka nie do końca wie, czy kocha swoją córkę czy nie.

Możesz tylko sam siebie ganić, gdy ktoś ci do ucha zacznie głupio podszeptywać.

W kilku momentach autorce udało się skończyć rozdział bardzo chwytliwie i ostatnie zdanie przyciąga uwagę aż tak, że nieważne czy jest 10 rano czy 1 w nocy, bo i tak musisz się dowiedzieć co będzie dalej. Wiecie o co mi chodzi? Na przykład kończy się rozdział „Wiemy, kto zabił twojego ojca”. I  już od razu masz zapewnione kolejne minuty lektury. W tym przypadku wielokrotnie się na tym przejechałam. Co mi z takiego zakończenia, skoro w kolejnym rozdziale wszystko wyjaśnia się w jednym zdaniu? I dodatkowo jest spłaszczone, nierzeczywiste i mało ciekawe.

Sam finał książki jest dość dziwny. Zakończenie jest otwarte i niby na podstawie wcześniejszych rozważań, rozmów i wydarzeń można przypuszczać, kto jest winny całemu zamieszaniu, ale do końca się nie dowiedzieliśmy, kto jest sprawcą. Główna bohaterka sama tego nie wie, więc jak mamy wiedzieć my?

Inspiracją dla tej książki była dla autorki historia jej dziadka. Dlatego między innymi znajdziemy sporo nawiązań do historii, do drugiej wojny światowej i do prześladowań Żydów. Szwecja nie brała udziału w konflikcie, więc wszystkie wydarzenia są jakby przesłonięte mgłą, bo nie dotyczą osobiście głównych bohaterów, a do tego strasznie spłaszczone i przedstawione jako błahostki. Chyba nie do końca nadano tym epizodom z przeszłości taką wagę, na jaką zasługują.

Nie lubię rozmawiać o złych książkach, chociaż o tych mam najwięcej do powiedzenia. Przechodząc do podsumowania. Nie polecam. Masz wybór: Córki marionetek albo coś innego? Wybierz coś innego. Chyba, że ten drugi typ to Grey, wtedy to nie, nie, nie. Ale jeśli ktoś szuka dobrego sposobu na szybki sen, polecam Córki Marionetek. W innych wypadkach można nabawić się nerwicy z powodu głównej bohaterki i wydarzeń. Trzy razy nie!

2 comments

Cancel

  1. ~addictedtobooks · Maj 11, 2016

    Tym razem chyba podziękuję :(
    A kiedyś zastanawiałam się nad zakupem tej książki. Dobrze, że jednak się na to nie zdecydowałam :)

  2. ~Tea · Maj 11, 2016

    Książkę czytałam jakiś czas temu i może nie była fenomenalna i ciężko było się przez nią przebić początkowo, ale czytałam znacznie gorsze pozycje :D